sobota, 27 września 2014

INFORMACJA

Zainteresowanych zapraszam również na mojego drugiego bloga. Historia będzie dotyczyła Jamesa Maslowa :)
http://james-idina.blogspot.com/

czwartek, 25 września 2014

Chapter 7

Przepraszam, że tak długo nie wstawiałem rozdziału ale miałem sporo problemy zdrowotne. Nie jestem zadowolony z tego co napisałem ale mam nadzieję, że chociaż wam się spodoba.


Wilgotną ściereczką otarłam pot spływający po mojej twarzy. Mimo iż minęły dwa miesiące odkąd przeniosłam się do Nowego Jorku a miesiąc od premiery nie przestawałam ćwiczyć. Chciałam aby każdy ruch nawet ten najdrobniejszy był perfekcyjny. Sięgnęłam po butelkę wody leżącej na parkiecie. Zegar wskazywał północ lecz musiałam jeszcze popracować nad finałową piosenką. Ciężka praca miała również i swoje plusy. Dzięki niej nie myślałam o Kendallu. Dzwonił po kilkanaście razy dziennie jednakże nie czułam się jeszcze dostatecznie silna aby odważyć się na rozmowę z chłopakiem, którego pokochałam całym sercem. Kontakt utrzymywałam jedynie z Loganem.  Coraz większa więź zaczęła łączyć mnie z brunetem. Na początku myślałam, że Henderson to przykład typowego kujona ale jak się okazało byłam w błędzie.... w cholernym błędzie. Zawarliśmy umowę, iż żadne z nas nie powie o tym Schmidtowi. Po raz ostatni zaśpiewałam końcowy utwór spektaklu po czym zebrałam swoje rzeczy i wyszłam z budynku.  Mimo, że był środek nocy to na ulicach nie brakowało ludzi. Jedni spacerował a jeszcze inni imprezowali w klubach. Otuliłam się szczelniej płaszczem przemierzając kolejną alejkę. Nie miałam daleko do mieszkania więc zazwyczaj chodziłam na nogach. Brakowało mi spacerów a to był jedyny sposób aby spędzić choć chwilkę na świeżym powietrzu.   Wchodząc po schodach nie zauważyłam mężczyzny skulonego pod moimi drzwiami w rezultacie czego potknęłam się i wywróciłam na zimną posadzkę.
- Kurwa człowieku nie masz gdzie trzeźwieć - warknęłam rozmasowując obolałe miejsce
- Boże Santuś przepraszam - zdenerwowany Logan pomógł mi stanąć na nogi
- Co ty tutaj robisz ? - spytałam szczerze zdziwiona
- Chciałem cię zobaczyć - odparł składając czuły pocałunek na moich ustach. Rozsądek kazał mi go odepchnąć ale coś w środku chciało aby ten pocałunek się nie kończył. Chłopak wsunął opuszki palców w moje włosy przyciągając do siebie. Minęło sporo czasu nim wreszcie odkleiliśmy się od siebie. Zaprosiłam go do środka i postawiłam wodę na herbatę.
- Jak się zagotuje to zalej kubki - poprosiłam bruneta a sama poszłam wziąć szybki prysznic.  Odkręciłam kurek a strumień gorącej wody uderzył w moje ciało. Tego mi było potrzeba po tak wyczerpującym dniu. Przymknęłam powieki wracając do tego spontanicznego pocałunku z Loganem. Ogarnęły mnie ogromne wyrzuty sumienia. Jak mogłam do tego dopuścić i to jeszcze z przyjacielem Kendalla. Ostatnią rzeczą, której bym pragnęła to aby ta dwójka się pokłóciła. Wyszłam z łazienki owinięta białym ręcznikiem. Chłopak siedział w niewielkim salonie przeglądając czasopismo.  Zajęłam miejsce na fotelu obok chwytając drżącymi dłońmi kubek z parującą cieczą.
- Logi - zaczęłam cicho wzdychając - myślę, że powinniśmy zapomnieć o tym co się wydarzyło
- Mi się podobało - jego twarz rozjaśnił szelmowski uśmiech
- Henderson do cholery ja kocham Kendalla - wykrzyknęłam
- Kochasz... kochasz... ale uciekłaś od niego - machnął ręką wracając do czytania gazety. Wściekła wyrwałam mu ten pieprzony kawałek papieru.
- Idiota z ciebie - brunet podniósł się z fotela. Ścisnął z całych sił moje nadgarstki. Jęknęłam z bólu lecz nie reagował.
- Logan - wyszeptałam a łzy spłynęły po moich policzkach
- Boisz się mnie ? - spytał najwidoczniej zszokowany moją reakcją. Milczałam. Nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego słowa. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Zawsze opanowany, uprzejmy a dzisiaj jakby coś w niego wstąpiło.
- Kocham Cię - wyznał spuszczając wzrok, Uwolniłam się z jego uścisku. Palcem wskazującym uniosłam jego brodę i ujrzałam w jego czekoladowych źrenicach coś wspaniałego.. coś czego nigdy wcześniej nie dostrzegałam. Sposób w jaki na mnie patrzył.... zagryzłam wargę. Logan splótł nasze dłonie. Jego ciepłe usta przywarły do moich. Nie miałam sił aby walczyć, oddałam mu się całkowicie. Nie przerywając pocałunku przenieśliśmy się do sypialni. Chłopak ułożył mnie delikatnie na świeżej pościeli. Chciałam go przyciągnąć lecz odsunął się.
- Masz jakieś świece ?
- Ostatnia szuflada - odparłam zsuwając z siebie ręcznik. Chłopak zgasił światło zapalając kilka z nich. Po chwili znalazł się przy mnie. Składałam krótkie pocałunki na jego szyi. Wiedziałam, że postradałam rozum ale pragnęłam kochać się z Hendersonem. Zerwałam z niego ubranie. nigdy wcześniej nie widziałam go bez koszulki ale to co zobaczyłam odebrało mi dech. Jego wyrzeźbione ciało robiło wrażenie. Przejechałam dłońmi po klatce piersiowej bruneta, który złapał mnie w talii i przewrócił na plecy. Zamknęłam oczy a usta ścisnęłam w wąską linię. Rozszerzyłam uda. Na reakcję nie musiałam długo czekać. Logan wypełnił mnie całą. Poruszał się wolno co sprawiło, że z mojego gardła wydobywały się krzyki... krzyki prawdziwej rozkoszy.
- Mocniej - błagałam raz po raz. Było mi z nim cudownie. Oczywiście nie tak jak z Kendallem ale podobało mi się.  W końcu uniosłam się mocno wyginając do tyłu a moje ciało zostało zalane przez przyjemne ciepło. Brunet opadł obok. Wtuliłam się w jego umięśniony tors zasypiając niemalże natychmiastowo.

piątek, 19 września 2014

Chapter 6

- Kendall! Kendall! - stałam pod drzwiami przyjaciela modląc się aby był w środku. Nie chciałam czekać ani minuty dłużej z tym co miałam mu do przekazania.  W końcu blondyn stanał przede mną w samych bokserkach.
- Przepraszam jeśli cię obudziłam - odparłam wchodząc do środka. Dziwny zapach unosił się w powietrzu lecz miałam to gdzieś
- Misiek nie uwierzysz co się stało - klasnęłam w dłonie a uśmiech nie schodził z mojej twarzy.
- Skarbie dlaczego mi uciekłeś - z sypialni Schmidta wyłoniła się seksowna blondynka. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.  W jednej chwili cała moja radość się ulotniła.
- Santana przedstawiam ci Dorothy - wyszeptał Kendall wyraźnie zakłopotany. Zacisnęłam dłonie w pięści starając się uspokoić
- Wiecie co ? Walić to - syknęłam podchodząc do dziewczyny - Jeśli nie chcesz stracić zębów radzę ci się wynosić
- Kochanie o czym ta wariatka mówi - zerknęła w stronę wciąż zdezorientowanego chłopaka
- Zjeżdżaj stąd i to już - popchnęłam dziewczynę a ta nie pozostała mi dłużna. W ostatniej chwili zrobiłam unik uchylając się przed ciosem.
- Dziewczyny przestańcie do cholery - blondyn wskoczył pomiędzy nas próbując rozdzielić. Nie dawałam za wygraną lecz chłopak był silniejszy. Złapał moje ramiona.
- Santi spokojnie - szepnął spoglądając w moje oczy - Dorothy będzie lepiej jak już pójdziesz - objęłam delikatnie jego kark przyciągając do siebie. Nasze usta złączyły się w czułym pocałunku.  Nie wiem ile trwaliśmy w tym uniesieniu lecz gdy tylko usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi odepchnęłam go od siebie
- Idź się umyj bo cuchniesz - zatkałam nos a Schmidt posłusznie spełnił moją prośbę. Zajęłam miejsce na wstrętnej pomarańczowej sofie. Nie znosiłam jej ale Kendall się uparł, że jest to najpiękniejsza kanapa jaką kiedykolwiek widział. Zero gustu. Założyłam nogę na nogę i w napięciu oczekiwałam aż chłopak wyjdzie z łazienki.
- Słońce co to miało być ? - owinięty ręcznikiem usiadł obok mnie
- Nie mów do mnie słońce - warknęłam - nie spodziewałam się czegoś takiego po Tobie! Do jasnej cholery jak mogłeś ? - krzyknęłam uderzając go w twarz
- Dalej nie rozumiem o co ci chodzi ? - zerwał się na równe nogi przewracając stolik
- Ty draniu zdradziłeś mnie!!!  - po moich policzkach popłynęły łzy. Kendall stanął jak wryty nie wiedząc co powiedzieć - zdradziłeś mnie - powtórzyłam czekając na jakąkolwiek reakcje z jego strony
- Przecież nie jesteśmy razem - wyjąkał trzymając się za policzek - zresztą ty masz Tony'ego - dokończył
- Ani razu nie uprawiałam z nim seksu idioto - wychrypiałam czując jak moje oczy zalewa kolejna porcja łez - każdą noc spędzam przy Twoim boku a Ty co ? - dźgnęłam tors mężczyzny  - Mogłeś mi chociaż powiedzieć, że kogoś poznałeś. Ale nie.... ja muszę się o tym dowiedzieć jak zawsze przez przypadek - Wyciągnął ramiona próbując mnie przytulić. Odepchnęłam jego ręce.
- Chciałam ci coś powiedzieć i to nawet nie chodziło o to, że dostałam się na przesłuchanie. - zrobiłam krótką przerwę - Teraz wiem, że nie mogę tu zostać. Dołożę wszelkich sił aby wygrać i przenieść się do Nowego Jorku.  Nasz układ z dniem dzisiejszym dobiega końca - spojrzałam na niego - A ja ... -  nie dokończyłam. Wybiegłam z jego mieszkania czując, że zaraz się załamie. Cholerna Rachel jak zwykle musiała mieć rację tylko czemu to ja byłam tą, która się zakochała. Otarłam łzy wierzchem rękawa nie mogąc uwierzyć w swoją głupotę.
- Kurwa - zaklnęłam na głos spoglądając na zegarek. Dochodziła 20. Musiałam się szybko dostać do Royal Opera House inaczej z moich marzeń nic nie zostanie. Odtrąciłam łokciem jakąś kobietę i zajęłam jej miejsce w taksówce. Nie mogłam się spóźnić to moja jedyna szansa aby wydostać się z tego miasta płaczu i wygrać bilet do ziemi obiecanej.

- Pani Santana Lopez  - usłyszałam swoje nazwisko, już nie było odwrotu. Zaczerpnęłam kilka głębokich oddechów. Zdecydowanym krokiem wpadłam do auli śpiewając jeden z Broadway'owskich klasyków ''Don't Rain On My Parade''

video


***
Wsunąłem zarznięte dłonie do kieszeni jeansów. Nie było się co oszukiwać wszystko spieprzyłem. Zachowałem się jak skończony dupek. Santana miała rację - zdradziłeś mnie - te dwa słowa wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie. Próbowałem się z nią skontaktować lecz niestety na próżno. Nawet Rachel nie wiedziała co się stało z latynoską. Byłem bezradny. Chodziłem bez celu mając nadzieję, że zauważę ją gdzieś w tłumie lecz nic takiego się nie stało. Porywisty watr rozwiewał moje włosy a deszcz zacinał coraz mocniej. Przemarzłem na kość. Dzięki Bogu Logan przebywał w mieszkaniu i zgodził się mnie przygarnąć.
- Stary wyglądasz jak siedem nieszczęść - zmarszczył brwi wręczając mi kubek z gorącą herbatą - Co się stało - spytał siadając obok
- Straciłem ją - odparłem zgodnie z prawdą
- Santanę ?
- Mhm - na moich policzkach pojawiły się łzy - Logan chodzi o to , że ...
- Kochasz ją - dokończył za mnie brunet
- Skąd to wiesz ? - spojrzałem na niego
- Kendall jesteśmy kumplami. Takie rzeczy się wie - wzruszył ramionami upijając sporego łyka swojego napoju
- Teraz to i tak bez znaczenia. Dałem ciała a ona zniknęła. - szepnąłem
- Nie możesz się poddać! - z całej siły klepną mnie w plecy a ciecz, która znajdowała się w moich ustach wróciła z powrotem do kubka - walcz o nią! - krzyknął
- Gdybym tylko wiedział gdzie ona jest... - powiedziałem sam do siebie

                                                                              ***
- Dziękujemy Panno Lopez - łysy mężczyzna odparł przeglądając jakieś papiery lecz dziewczyna siedząca obok niego odchrząknęła po czym zabrała głos
- Byłaś niesamowita! Właśnie kogoś takiego potrzebujemy - uśmiech nie schodził z jej twarzy a ja czułam, że wszystko będzie dobrze
- Zgadzam się z koleżanką. Chyba możemy powiedzieć, że powinnaś się zacząć pakować - odłożył papiery spoglądając mi w oczy. Podskoczyłam z radości nie mogąc uwierzyć, że mi się udało. Podziękowałam im po czym wybiegłam ze środka. Dopiero teraz do mnie dotarło, że nie mam z kim podzielić się tą chwilą. Wyszłam z budynku kierując swoje kroki w stronę mieszkania. Miałam kilka godzin na spakowanie się. Żałowałam, że nie wzięłam parasola bo deszcz z minuty na minute był coraz mocniejszy. Miałam serdecznie dosyć tej pogody nic tylko wiatr przeplatany z ulewą. Przynajmniej w Ameryce zaczerpnę trochę słońca. Wyciągnęłam z torebki telefon. Po odblokowaniu ekranu zobaczyłam, iż mam ponad sto połączeń nieodebranych od Kendalla. Przez moment chciałam oddzwonić lecz to pogorszyłoby tylko sprawę. Weszłam do domu, rzuciłam kurtkę na fotel a sama położyłam się w sypialni. To dla mojego dobra - starałam przekonać się samą siebie. Na Schmidcie świat się nie kończy - cichy głosik w mojej głowie  miał rację. Zsunęłam się z materaca i wyciągnęłam z szafy niewielką walizkę. Kilka godzin później siedziałam gotowa czekając na przyjazd samochodu, który miał mnie odwieźć na lotnisko. Korzystając z tego, iż zostało mi jeszcze trochę czasu wzięłam pustką kartkę  oraz długopis. Musiałam się z Nim pożegnać. Kilka łez skapnęło   na papier rozmazując atrament. Wiedziałam, że będę za nim tęsknić lecz tak było prościej.

Tak dużo rzeczy
do zrobienia i powiedzenia
Ale nie wygląda na to
Bym mogła znaleźć swoją drogę
Ale chce wiedzieć jak
Wiem
Jestem przeznaczona do czegoś innego
Ale najpierw
Muszę odnaleźć siebie
Choć nie wiem jak
Oh, dlaczego
sięgam do gwiazd
kiedy nie mam skrzydeł
które poniosły by mnie tak daleko

Muszę mieć
korzenie przed gałęziami
By wiedzieć kim jestem
Zanim dowiem się
kim chciałabym być
I wiarę
by ryzykować
By żyć tak jak widzę
Miejsce w tym świecie
Dla mnie

Czasami
Nie chce czuć
I zapomnieć że ból jest prawdziwy
Unieść swoją głowę w chmury
Oh, zacząć biec
I potem upaść
Widząc że nie mogę mieć wszystkiego
Jeśli nie będę stąpać twardo po ziemi

Zawsze jest ziarno
zanim będzie róża
Im bardziej pada
Tym wyżej urosnę

Cokolwiek przyjdzie
wiem jak to przyjąć
Uczę się jak być silną
Nie muszę tego udawać
Oh, rozumiesz
Oh, ale kiedy przychodzisz
i robisz to najlepiej
Nie ma nic aby zatrzymać wschód do zachodu
Ale ja wciąż
Będę stać
Ja wciąż będę stać

Zamknęłam drzwi naklejając na nich kopertę. Oddałam klucz właścicielowi żegnając się z nim. Wsiadłam do czarnej limuzyny zostawiając stary świat daleko za sobą...


środa, 17 września 2014

Chapter 5

Delikatne promienie słońca wpadły do pokoju oświetlając moją twarz. Otworzyłem powieki jęcząc z bólu. Zdawało się, że głowa mi zaraz eksploduje.  Daliśmy wczoraj niezłego czadu z Loganem ale nie rozumiem jakim kurwa cudem znalazłem się w sypialni Santany skoro wczoraj miała randkę z tym burakiem - Tonym.  Usiadłem na materacu zaciskając pięści. Próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek z zeszłej nocy lecz na próżno.
- Dzień Dobry - do środka weszła latynoska niosąc srebrną tacę
- Cześć - wychrypiałem naciągając na siebie kołdrę
- Przyniosłam ci  śniadanie - odparła  - naleśniki. Twoje ulubione - była miła a to do niej niepodobne
- Dziękuję - rzuciłem - Santi co się tak właściwie wczoraj wydarzyło ? - spytałem ściszając głos
- Nic szczególnego - wzruszyła ramionami - spieprzyłeś mi randkę  - o mało się nie zakrztusiłem
- Przepraszam - Odstawiłem jedzenie przyciągając brunetkę do siebie. Składałem krótkie pocałunki na jej szyi - na prawdę nie chciałem - nasze języki złączyły się w namiętnym tańcu a z gardła dziewczyny wydobywały się pomruki zadowolenia. Wiedziałem jak ją zadowolić i żaden inny facet nie miał prawa jej dotknąć. Santana należała do mnie.
- Kochanie połóż się - szepnąłem liżąc każdy centymetr jej malinowych ust. Od razu spełniłna moją prośbę. Uśmiech zakwitł na mojej twarzy, jednym ruchem rozpiąłem zapięcie czarnego stanika. Jej jędrne piersi od razu znalazły się w moich silnych dłoniach.
- Kendalllll - spojrzałem w jej brązowe tęczówki
- słucham ? - opuszkiem palca obrysowałem kontury jej warg
- Kochaj się ze mną - poprosiła. Nie musiała dwa razy powtarzać. Wziąłem jej kruche ciało w swoje ramiona mocno wsuwając swojego członka w jej myszkę. Nasze głośne jęki wypełniły sypialnię. Tylko z nią było mi dobrze, tylko z nią czułem się spełniony. Przywarłem ustami do jej sutków. Ssałem je z dziką namiętnością. Brunetka krzyknęła zacskając swoje dłonie na moim karku.  Doszliśmy w tym samym momencie a moje serce biło jak szalone. Ucałowałem po raz setny jej słodkie usta opadając obok.
- Co to było - wzdrygnąłem się na odgłos tłuczonego szkła
- To tylko Logan - odparła kładąc głowę na moim torsie
- A co on tu robi ? - byłem szczerze zdziwiony obecnością mojego przyjaciela w mieszkaniu mojej kochanki. Santana przewróciła oczami
- A co miałam go zostawić nad Tamizą ? Trzeba było tyle nie jarać - syknęła ze złości. Musnąłem jej wilgotne czoło mocno obejmując.
- Santana nie mogę zna...- Henderson wparował do środka milknąc na nasz widok
- W szafce po prawej - uśmiechnęła się splatając nasze dłonie pod kołdrą. Przez chwilę poczułem jakbyśmy byli prawdziwą parą.  Mógłbym spędzić  całą wieczność leżąc i słuchając bicia jej serca - najwspanialszej muzyki dla moich uszu.
                                                                                       ***
Dni mijały a ja każdej nocy kochałam się z Kendallem. Tony również przychodził ale w jego ramionach nie czułam się tak jak w ramionach Schmidta.  Brunet się starał. Przynosił kwiaty, czekoladki, porywał mnie na wycieczki lecz czegokolwiek by nie zrobił to i tak zawsze myślałam o tych cudownych zielonych tęczówkach. Tony nie raz pytał czy zostanę u niego na noc ale ja zawsze uciekałam w objęcia blondyna. Tylko one potrafiły ukoić mój smutek oraz ukołysać mnie do snu. Przy nim żadne koszmary nie były mi straszne. Czułam się bezpieczna i to było najważniejsze.
- Santana czy ty na pewno wiesz co robisz ? - spytała Rachel zalewając dwa kubki wrzącą wodą
- To dobry układ - odparłam siadając przy kuchennej wyspie - Dobrze nam ze sobą
- Kochana to się może obrócić w tragedię - spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem
- Nie wyolbrzymiaj - upiłam trochę kawy - Jeśli odnajdziemy nasze połówki to wtedy koniec - uśmiechnęłam się
- A czy po tym wszystkim będziecie mogli sobie spojrzeć w oczy ?
- Dlaczego by nie ? - nie rozumiałam o co jej do cholery chodzi.
- Bo nie wierzę, że któreś z was wcześniej czy później nie zakocha się w sobie . Santana przyjaźń damsko - męska nie istnieje. Obudź się wreszcie. Kendall cały czas przerywa twoje randki z Tonym. Przypadek ? - ona już nie mówiła ona wręcz krzyczała wymachując rękami. Nie miałam ochoty jej dłużej wysłuchiwać. Założyłam skórzaną kurtkę i wyszłam trzaskając drzwiami. Rachel była zazdrosna. Nic więcej. Doskonale wiedziałam, że Schmidt od dłuższego czasu nie był jej obojętny. Wielka mi przyjaciółka. Zamiast mnie wspierać to dostaje od niej potężnego kopniaka.  Poczułam wibracje w kieszeni. Jakiś nieznany numer próbuje się ze mną skontaktować od samego rana.
- Tak słucham - odebrałam zrezygnowana
- Pani Santana Lopez ? - jakiś nieznany głos odezwał się po drugiej stronie
- Tak to ja
- Moja godność Rick Dwight. Chciałbym Panią zaprosić na przesłuchanie, które odbędzie się jutro o godzinie 20:00 w Royal Opera House. Zwycięzca zagra główną role w jednej z najsłynniejszych sztuk Broadwayu. - mężczyzna skończył mówić a ja nie mogłam złapać oddechu. Przecież to się nie dzieje naprawdę. Owszem byłam kiedyś z Kendallem na jakimś konkursie ale nie sądziłam, że jestem na tyle dobra aby przejść dalej.
- Jest tam Pani ?
- Tak.. Tak.. Owszem będę. Dziękuję za telefon - rozłączyłam się piszcząc z radości. Musiałam o tym powiedzieć blondynowi. To w końcu dzięki niemu odważyłam się zaprezentować publicznie moje zdolności. Nigdy nie uważałam, że brzmię jakoś wyjątkowo a tu proszę taka niespodzianka. Szczęśliwa ruszyłam przed siebie. Dzisiejszego dnia niebo było wyjątkowo błękitne. Ani jednej chmury po prostu bajka.

wtorek, 16 września 2014

Chapter 4

   



Byłeś moją lekcją, której musiałam się nauczyć
Byłam Twą fortecą, którą musiałeś zburzyć
Ból jest ostrzeżeniem, że coś jest źle
Modlę się do Boga, by to już długo nie trwało
Czy chcesz się wzbić wyżej?

Stałam w kącie uroczego kościółka położonego w malowniczej scenerii zielonych lasów. Wnętrze było przyozdobione milionem białych kwiatów a każdy z gości trzymał w dłoniach pojedynczą różę. To miejsce otaczała niewidoczna aura, wszystko było idealne. Ta drewniana kapliczka znajdowała się po środku jeziora, żeby się tu dostać trzeba było przepłynąć spory kawałek łodziami. Ściskałam z całych sił maleńki bukiecik próbując pohamować łzy cisnące się do moich oczu.  Od powrotu z Nowego Jorku robiłam dobrą minę do złej gry no ale tak naprawdę to sama sobie byłam winna. Nikogo nie mogę winić za własną głupotę. Podniosłam wzrok i ujrzałam Kendalla. Stał wraz z Loganem wyraźnie się denerwując. Na widok blondyna serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Ten uśmiech, te cudowne zielone tęczówki były dla mnie wszystkim. On był dla mnie wszystkim.  Nagle wnętrze wypełniły dźwięki wydobywające się ze starego pianina. Goście wstawali ze swoich miejsc jeden za drugim.  Drzwi wejściowe otworzyły się a do środka weszła dziewczyna cała w bieli. Starszy mężczyzna trzymał ją za rękę prowadząc po dywanie pokrytym płatkami róż. Wyglądała uroczo i z pewnością nie jedna dziewczyna zazdrościła jej urody lecz ja miałam ochotę zedrzeć ten uśmiech z jej twarzy. Każda cząstka mojego ciała nienawidziła tej całej Dorothy. Kendall ... MÓJ KENDALL DO CHOLERY... ujął jej dłoń całując w policzek. Boże nie... to nie działo się naprawdę... Ja...ja zaraz otworzę oczy  i  wybudzę się z tego cholernego koszmaru. Nic takiego się nie stało.
- Czy ty Dorothy Montgomery bierzesz sobie tego oto Kendalla Schmidta za męża i ślubujesz mi miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuścisz go aż do śmierci ?- odparł ksiądz 
- Tak ...
- Czy ty Kendallu Schmidcie bierzesz sobie tą oto Dorothy Mongomery za żonę i ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuścisz jej aż do śmierci ? - w tym momencie żołądek podskoczył mi do gardła a powietrze zrobiło się cięższe
- Tak - słowa Kendalla niczym nóż ugodziły mnie w sam środek jeszcze bijącego serca... jeszcze gdyż bez mojego blondyna ono umrze
- Tak więc ogłaszam was mężem i żoną - w tym momencie nie wytrzymałam i wybiegłam z kościoła. Łzy płynęły po moich policzkach rozmywając cały makijaż. Wsiadłam do jednej z łodzi błagając młodego chłopaka aby jak najprędzej zabrał mnie na brzeg. Nie mogłam tu zostać, nie mogłam patrzeć jak cały świat wali mi się na głowę. Nie mogłam dopuścić aby On to zobaczył, to był Jego dzień a ja zawsze życzyłam mu jak najlepiej. Zawsze będzie moją jedyną prawdziwą miłością choć nigdy się o tym nie dowie. Jak to mówią ''Show Must Go On'', Santana musisz wziąć się w garść i ponownie stanąć na nogi. Masz wszystko czego zawsze pragnęłaś : Sławę, pieniądze, urodę. Nie jeden mężczyzna marzy aby spędzić z Tobą noc - jakiś głosik w mojej głowie starał się mnie pocieszyć lecz cóż mi z tych wszystkich bogactw skoro nie mam Jego! 
- Jesteśmy - oznajmił chłopak po czym pomógł mi wysiąść z tej pieprzonej łajby.Chciałam jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu.  Wsiadłam do jedynej taksówki na tym zadupiu modląc się aby nikt mnie nie zauważył. 
- Przepraszam Panią ale jestem wynajęty na wesele Pana Schmidta - warknął mężczyzna 
- Błagam Pana ja muszę się stąd wydostać! - wychrypiałam - zapłacę dwa razy tyle - Drżącymi dłońmi wyciągnęłam portfel z torebki a do moich oczu po raz kolejny napłynęła świeża porcja słonych łez - Proszę - jęknęłam podając mu spory plik banknotów. Taksówkarz ku mojej uldze odpalił silnik. 

                                                                                                 ***
Podeszłam do barku wyciągając butelkę najlepszej whiskey. Nawet nie miałam siły przelewać jej do szklanki tylko ciągnęłam gorzki trunek prosto z gwinta. Skuliłam się w fotelu obserwując jak mój ukochany Londyn płacze wraz ze mną. Na pobliskim stoliku znajdowało się zdjęcie blondyna. Sięgnęłam po nie. Zielone tęczówki przeszyły mnie na wskroś.
- Santana żenię się!!! - w moich uszach zadźwięczał wesoły śmiech Kenda. Wzięłam go wtedy w nasze ulubione miejsce, które zresztą to on odnalazł. Chciałam mu powiedzieć jak bardzo go kocham i jak bardzo żałuję przeprowadzki do tej pieprzonej Ameryki. Nie zdążyłam. Lecz teraz wiedziałam co muszę zrobić. Odwróciłam fotografię kreśląc na szybko kilka słów.

Nie ma już nic do stracenia
Nie ma już się o co starać
Nie ma już miejsc, w których można by się skryć
Naucz się mówić: żegnaj
Kocham cię na zawsze

Przeszłam wolnym krokiem do niewielkiej łazienki. Odkręciłam kurek z wrzącą wodą czekając aż ciecz wypełni wannę. Zrzuciłam sukienkę i weszłam do środka. Przyjemne ciepło przeszło przeze mnie, przymknęłam powieki rozkoszując się  tą chwilą. Ułożyłam wygodnie głowę na białym ręczniku przypominając sobie wszystkie cudowne noce spędzone z ukochanym. Bez niego całe moje życie nie ma sensu, moja dusza umarła a serce przestało bić. Nie chcę być rośliną, która bez swojego słońca usycha. Wzięłam głęboki oddech. Między moimi palcami zalśniło maleńkie ostrze. Przyłożyłam je do prawego nadgarstka, Nagle okropny ból przeszył moje ciało. Żyletka wypadła mi z ręki,,,
Mój płacz...
Twój krzyk...
Ciemność....

sobota, 13 września 2014

Chapter 3

Podniosłam się z fotela odkładając kubek z wciąż parującym napojem. Wolnym krokiem podeszłam do ściany i zerwałam starą pogniecioną fotografię. Przedstawiała ona dwójkę dzieciaków leżących wśród olbrzymiej trawy. Przymknęłam powieki wracając wspomnieniami do tamtego upalnego dnia.

- Santana pośpiesz się - krzyknał blondyn coraz bardzej się niecierpliwiąc
- No idę już idę - wysapałam o mało nie tracąc równowagi - w ogóle po co wspinamy się pod tą cholerną górę  - krzyknęłam
- Zobaczysz - odparł podając mi rękę. Od samego rana Kendall był strasznie podniecony czymś co chciał mi pokazać już od bardzo dawna, jednakże poprzez masę nauki nie mialam czasu dla przyjaciela. Czułam się z tym okropnie więc po wielu namowach z jego strony wreszcie się zgodziłam. Delikatny wietrzyk rozwiewał moje włosy lecz w głębi serca cieszyłam się, że jestem teraz z Kendallem.
- Jesteśmy - uśmiechnął się wciągając mnie na sam szczyt góry. Widok, który się rozpościerął przed moimi oczami zaparł mi dech. Chłopak rozłożył koc a ja położyłam się obok wtulając w jego tors. Wyciągnęłam prawą rękę w górę tak jakbym chciała dotknąć błękitnego nieba.
- Tu jest cudownie - szepnęłam - jak znalazłeś to miejsce ? - spytałam spoglądając w zielone tęczówki Kenda
- Jakieś dwa miesiące temu - odgarnął kosmyk moich włosów z twarzy i założył za ucho - wybrałem się na wieczorny jogging
To wtedy się zgubiłeś -  skomentowałam sama do siebie
- Tak dokładnie - parsknął dając mi pstryczka w nos
- Ała! - pisnęłam a on śmiał się do rozpuku.
- Głuptas - wystawiłam mu język. Blondyn wyciągnął mały aparat fotograficzny w momencie gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
- Uśmiech - rozkazał pstrykając fotkę

                                                                                              ***
Ktoś zapukał do drzwi a ja podskoczyłam upuszczając fotografię. Wyszłam na niewielki korytarz i uchyliłam drzwi.
- Gotowa na na naszą randkę ? - wysoki brunet stał na progu z bukietem czerwonych róż. Poznałam go tydzień temu po tym jak Kendall wystawił mnie dla Logana. Byłam wściekła i miałam ochotę przywalić mu w twarz.  Potrzebowałam go tamtego wieczora a on tak po prostu wolał się upić niż kochać ze mną. Nie panowałam nad swoimi odruchami. W pewnym momencie nie zauważyłam, że światło zmieniło się na czerwone a ja fuksem nie potrąciłam jakiegoś chłopaka przechodzącego na pasach.
- Tony jeszcze sekundka - czule ucałowałam jego policzeka następnie wpuściłam do środka
- Czuj się jak u siebie - zniknęłam w łazience poprawiając makijaż. Tony naprawdę mi się podobał więc nie chciałam niczego spieprzyć. Kilka głębokich wdechów i byłam gotowa. Wyszłam okręcając się przed nim kilka razy w swojej najlepszej sukience.
- Ślicznie wyglądasz - uśmiechnął się obejmując mnie w talii. Spojrzałam w jego czekoladowe źrenice a nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku.  Szczęśliwi opuściliśmy budynek. Szliśmy wtuleni w siebie poprzez niewielki park. Gwiazdy świeciły dzisiaj swoim własnym blaskiem. Byłam szczęśliwa. Tony otworzył przede mną drzwi restauracji wpuszczając jako pierwszą do środka. Zajęliśmy miejsce przy naszym stoliku. Był czarujący, zabawny, kochany dokładnie taki jak ten, którego co noc spotykam w snach. Niestety ten czarujący wieczór przerwał dzwonek mojego telefonu. Zerknęłam na wyświetlacz.
- Boże czego ten palant znowu chce - pokręciłam głową po czym przeprosiłam bruneta i wyszłam na zewnątrz. Po kilku sygnałach w końcu odebrał
- Sanjtajna - po jego bełkocie wiedziałam od razu co jest grane - nje wwjeem dzie estem - oczywiście musiał beknąć no bo jakżeby inaczej - pyjedz o mje
- Kendall do cholery jasnej - o mało nie wybuchnęłam stojąc po środku chodnika - Doskonale widziałeś, że mam dzisiaj ważną randkę - zacisnęłam dłoń w pięśc starając się pohamować swoje emocje
- Santana to ty ? - w słuchawce usłyszałam głos Hendersona
- Cześc Logan. Możesz mi łaskawie powiedzieć gdzie wy jesteście ?
- Siedzimy nad Tamizą a Kend właśnie udaje... czekaj, czekaj... udaje, że jest Jedi - złapałam się za głowę nie mogąc uwierzyć, że dwójka dorosłych facetów zachowuje się jak para gówniarzy. Rozłączyłam się i chcąc nie chcąc pożegnałam Tony'ego. Musiałam pojechać po nich bo jeszcze sobie coś zrobią a ja będę miała wyrzuty sumienia. Wsiadłam do pierwszej lepszej taksówki instruując kierowcę gdzie ma jechać. Przez całą drogę myślałam tylko o tym jak rozprawię się ze Schmidtem za spierdolenie mojej randki. Czasami był tak cholernie samolubny, iż widział jedynie czubek własnego zasranego nosa. Trzasnęłam drzwiami samochodu. Już z oddali dostrzegłam dwójkę pajaców tańczących nad brzegiem Tamizy. Przepraszam oni nie tańczyli oni wyglądali jakby chcieli do toalety. Podeszłam do nich.
- Kendall!! - krzyknęłam mając nadzieję, że chłopak się opamięta lecz niestety był tak pochłonięty robieniem z siebie idioty, że nie zauważył mojego przybycia. Musiałam się uspokoić inaczej dojdzie do rękoczynów. Podniosłam z trawy bluzę przyjaciela i wyciągnęłam z kieszeni paczkę fajek. Drżącymi dłońmi wsunęłam jednego szluga do ust mocno się zaciągając.
- Boże jakie on świństwo pali - jęknęłam
- Sajtana - książę wreszcie zauważył moją obecność - Esteś! - twarz blondyna wykrzywił uśmiech. Nie mogłam patrzeć na niego zresztą nigdy nie lubiłam go pijanego.
- Zbieramy się - syknęłam zbierając rzeczy chłopaków
- Ale Logaś escze jalić -odbiło mu się a mi zrobiło niedobrze
- Co Logaś robi ? - spytałam coraz bardziej wkurzona i wtedy dostrzegłam, że ta dwójka debili nie jest aż tak bardzo pijana. Oni się po prostu zjarali.  Nie mając siły na dłuższe gierki pociągnęłam Kendalla w stronę czekającej taksówki. Henderson poszedł na całe szczęście za nami co oszczędziło mi następnej szarpaniny. Wpakował ich do samochodu a sama zajęłam miejsce obok kierowcy.
- Przepraszam Pana za nich - szepnęłam wbijając wzrok w drogę przed nami
- Widzę ostrzejsza imprezka - roześmiał się a chłopcy zaczęli śpiewać w niebogłosy najbardziej wkurzającą piosenkę ostatnich miesięcy
- Hey I just met you, and this is crazy, but here's my number, so call me, maybe ? - Poczułam oddech Kendalla na swojej szyi. Zamknęłam powieki starając się z całych sił powstrzymać wybuch złości. Miałam już wszystkiego serdecznie dość. Łza spłynęła po moim policzku lecz tak szybko jak się pojawiła tak szybko zniknęła. Zapłaciłam mężczyźnie po czym sama nie wiem jakim cudem ale zaciągnęłam ich do mojego mieszkania. Logana położyłam na sofie a Kendall uparł się, że musi bronić mnie przed Klonami. Tak więc położyłam go u siebie w sypialni.  Ten chłopak zdecydowanie ogląda za dużo Gwiezdnych Wojen. Po cichu przeszłam do łazienki. Zrzuciłam ubranie i nago stanęłam przed lustrem. Dłonie oparłam o krawędź umywalki przyglądając się swojemu odbiciu. Wyglądałam jak wrak człowieka, podkrążone oczy, blada cera oraz brak chęci do życia. Weszłam do kabiny. Strumień gorącej wody rozbił się o moją głowę. Wypełniło mnie przyjemne uczucie. To mi właśnie było potrzebne.  Po kąpieli ułożyłam się wygodnie obok Schmidta. Splotłam jego dłoń z moją i po chwili odpłynęłam w krainę snów...

wtorek, 2 września 2014

Chapter 2

Letnie promienie słońca wpadły do sypialni oświetlając moją twarz. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami przywracając oczom ostrość widzenia. Obok mnie pogrążony w głębokim śnie leżał Kendall. Na samo wspomnienie wczorajszej nocy ogarnęła mnie panika. Wygrzebałam się z ciepłej pościeli i na boso przeszłam do łazienki. Zmoczyłam ręcznik w zimnej wodzie obmywając swoje nadal rozpalone ciało. To co się stało było cudowne wręcz magiczne lecz zarazem zakazane. Byliśmy przyjaciółmi. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze wolno wypuszczając powietrze. Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę - odparłam szybko ścierając łzy
- Można ? - w szparze między drzwiami pojawiła się głowa Kendalla
- Jasne wejdź - usiadłam na brzegu wanny czekając co powie mój przyjaciel. Chłopak uklęknął przede mną chwytając moje dłonie
- Santana wiem, że to co wczoraj zaszło między nami nie powinno mieć nigdy miejsca - spojrzał w moje oczy delikatnie się uśmiechając - Ale myślę, że znalazłem idealne wyjście z tego problemu
- Tak więc zamieniam się w słuch - rzuciłam
- Obydwoje wiemy dokładnie co znaczą ból i cierpienie.. - zrobił krótką przerwę aby zebrać myśli - maleńka było mi cudownie więc może zawrzemy pewien układ - wzruszyłam ramionami - Póki nie znajdziemy naszych drugich połówek to uprawiajmy czysto przyjacielski sex - powiedział na wydechu a ja spojrzałam na niego jak na idiotę. To co zaproponował było kompletnie pozbawione sensu. Położyłam wierzch dłoni  na jego czole.
- Co robisz - spytał ?
- Sprawdzam czy ty czasem gorączki nie masz
- Santi... w tym szaleństwie jest metoda - łagodny ton jego głosu pieścił moje uszy - W dzień będziemy przyjaciółmi a w nocy namiętnymi kochankami
- Ok Kendall ale nic więcej. Czysty sex. Możemy spotykać się z innymi bez wzajemnej zazdrości co najważniejsze jeśli poczujemy coś więcej względem siebie,nasz dziwny układ automatycznie dobiega końca - ostrzegłam i wyszłam z łazienki zostawiając go samego.

                                                                          ***
- Stary przecież to układ idealny - krzyknął Logan upijając swojego drinka
- Stary znam ją od zawsze - podniosłem szkło - nie chcę jej zranić
- Więc nie zrań - uśmiechnął się - po prostu ciesz się chwilą - poklepał mnie po ramieniu po czym chwycił gitarę. Opuszkami palców zaczął cicho szarpać struny.  Podszedłem do okna wyglądając na miasto, które powoli zbierało się do życia. Właśnie to kochałem w Londynie, mimo późnej pory ludzie wychodzili ze swoich mieszkań i szli pobawić się w swoim towarzystwie. Nie przeszkadzało im to, że nazajutrz będą musieli wstać do pracy. Żyli chwilą, spełniali swoje marzenia a ja bałem się zaryzykować. Moje rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Spojrzałem na wyświetlacz. To była Santana. ''Co powiesz na małą wycieczkę?''. Odpisałem natychmiastowo. Serce zabiło mi mocniej a krew w żyłach zawrzała zupełnie jakby nagle dostała strzał adrenaliny.
- Muszę lecieć - rzuciłem do kumpla machając mu na odchodne. Przed blokiem w starym mustangu czekała już na mnie latynoska. Zająłem miejsce na siedzeniu pasażera zapinając pas bezpieczeństwa. Dziewczyna odpaliła silnik po czym odjechaliśmy z piskiem opon. Nasza ulubiona piosenka wydobywała się z głośników, zerknąłem na twarz dziewczyny nucąc pod nosem. Nie musiałem długo czekać aby i ona dołączyła.
- Gdzie jedziemy ?  - spytałem wreszcie
- Skoro zawarliśmy już ten niemoralny układ to chciałabym czegoś spróbować - oblizała usta skręcając w wąską alejkę.  Dłoń brunetki znalazła się na moim udzie.  Obserwowałem uważnie każdy nawet najdrobniejszy ruch. Cicho jęknąłem gdy wsunęłam ją na mojego członka. Szybko odpiąłem guzik aby dać jej lepszy dostęp. Poczułem jak jej palce go oplatają. Przymknąłem powieki a ona mocniej ścisnęła. Silnik zgasł. Musieliśmy gdzieś zaparkować lecz z ogarniającej mnie rozkoszy nie dałem rady otworzyć oczu. Santana przesuwała ręką coraz szybciej. Koniuszkiem języka zatoczyła kółko wokół główki penisa a z mojego gardła wydobywały się ciche pomruki. Odpiąłem pas odchylając się do tyłu. Wsunąłem dłoń pod jej koszulkę a ona usiadła na moich nogach. Nasze języki porwał wir namiętnego tańca. Pragnąłem jej jak nigdy nikogo wcześniej. Złapałem zębami płatek ucha brunetki lekko przygryzając. Pisnęła ściskając mocniej moje włosy. Uniosłem jej spódniczkę, powoli nasadzając wilgotną cipkę Santany na mojego żołnierza. Otuliłem ją w biodrach. Najpierw powoli lecz z czasem coraz szybciej unosiłem jej pupę. Nasze krzyki wypełniły wnętrze samochodu. Nabijałem ją do samego końca.
- Kend... ja...już prawie - wychrypiała  wprost w moje usta. Wchodziłem w jej dziurkę najszybciej jak tylko potrafiłem. Stary mustang chwiał się na wszystkie strony lecz nie przestawałem. W końcu oboje unieśliśmy się w cudownym spełnieniu. Dziewczyna położyła głowę na moim torsie mocno oddychając. Objąłem ją obsypując milionem pocałunków. Jej ciałem wstrząsały miliony dreszczy.
Na zewnątrz hulał zimny wiatr a my ... a my mieliśmy siebie. Żadna ulewa, żadna burza nie była wstanie spieprzyć tej chwili. Lecz jak to ktoś kiedyś zaśpiewał : ''W życiu piękne są tylko chwilę''. Tak więc trzymajmy się ich ile tylko możemy, nie marnujmy życia siedząc i obserwując jak omija nas szczęście, na które być może czekaliśmy dniami, miesiącami a nawet latami.